Jak nie zabrał mnie statek i spóźniłem się na samolot. Glacjologa wspomnienia z Arktyki.

1 lutego 2018

Wspomnienia spisał: Jakub Małecki
Fotografią okrasił: Tomasz Kurczaba Photography

Mały pokoik Władimira mieści się na piętrze wielkiego hangaru, w którym śmierdzi ropą i przez całą dobę głośno buczy generator prądu. Ciasna, ciemna, przechodnia kuchnia, a za drzwiami sypialnia. Po lewej stary tapczan, po prawej stoliczek z archaicznym komputerem, na którym Władimir przed snem ogląda rosyjskie filmy. Na ścianie ikona Chrystusa, parapet zdobi podręczna hodowla korniszonów. Razem 15 m2 pachnących starymi skarpetami, ale za to z prowizoryczną sauną w toalecie na korytarzu. Władek wychodzi do pracy. Jest robotnikiem. Ja decyduje się przejść na nabrzeże, może się czegoś dowiem.

Opuszczona radziecka kopalnia węgla Piramida (norw. Pyramiden) leży na norweskim, a raczej międzynarodowym, Svalbardzie pod biegunem północnym. To smutne miejsce. Popadające w ruinę bloki stojące na palach, setki ton złomu bezładnie rozrzuconego po miasteczku, rozkradzione lokale dawnych mieszkańców, zabite deskami tak szczelnie, jakby zostało tam cokolwiek wartościowego. Pusty basen, sala gimnastyczna i szpital-widmo, w których po dziś stoją zamrożone w chłodzie, przejrzyste jak duchy rośliny-dawniej-ozdobne.

Każdego normalnego dnia lata do Piramidy przypływa statek z dziesiątkami turystów z odległego o 60 km norweskiego Longyearbyen, głównego miasteczka Svalbardu. Dla nich dwugodzinna wizyta w Piramidzie jest jak zobaczenie ZSRR w pigułce. Za wycieczkę płacą słono, jak na polskie standardy, ale dostają to, czego oczekują: cyrylicę, bałagan, ciężki industrial, sierpy i młoty, ręcznie rysowane plakaty i gazetki ścienne, czerwone gwiazdy i najdalej na północ wysunięte popiersie Lenina, a wszystko polane nostalgicznym sosem starych dobrych czasów. W normalny dzień lata turyści po drodze do kopalni mijają statkiem potężny lodowiec Nordenskiöld, którego majestat jakoś ratuje beznadzieję tego miejsca. Ale to nie był normalny letni dzień. To był fatalny dzień jesienny, deszczowy, ciężki od szarości, ale przede wszystkim wietrzny jak cholera. Na fiordzie zrobiły się takie fale, że statek nie przypłynął ani wczoraj, ani dziś.

Władimir jest Rosjaninem z Ukrainy. Na oko pod pięćdziesiątkę, choć trudno powiedzieć jednoznacznie. Okrągła spracowana twarz, okrągły wielki brzuch, potężne, choć zaokrąglone dłonie. W zasadzie cały jest zaokrąglony. Bardzo serdeczny i gościnny chłop, odda ci nawet ostatnią puszkę tuszonki. Jako człowiek rodzinny, ma piątkę dzieci. To prawda, że z trzema różnymi kobietami, ale w pewnym sensie jest wierny – najstarszy i najmłodszy potomek mają tę samą matkę. Władek to też niezły gieroj. Kiedyś się napił, wsiadł w traktor i pojechał na wycieczkę po okolicach Piramidy. Widziano go potem, jak runął z kabiny na ziemię zaraz po otwarciu drzwi. Ukrainy nie lubi, ceni Putina i kocha wędkarstwo. W kuchni wisi jego zdjęcie z półtorametrowym amurem złowionym gdzieś w Obwodzie Odeskim.

Władimir to jedna z kilku osób załogi Piramidy. Są to robotnicy, kucharka, przewodnik i sprzątaczki hotelu. I to nie byle jakiego! Hotel Tulipan ma kilka pięter wysokości i eklektyczną estetykę – czerwień, bieda-złoto i boazeria w jadalni, lastriko i kwieciste tapety na piętrach. Jest miejscem, które jest absurdalnie oderwane od obecnych realiów. Pomijając rozmiar i przeznaczenie budynku, kuriozalne jest to, że według norweskiej administracji nie spełnia on wymogów BHP, więc turyści w ogóle nie mogą w nim mieszkać (a przynajmniej było tak do niedawna). Na noc zostają w hotelu wyłącznie wizytujący to miejsce Rosjanie, a przyjezdni inostrańcy śpią w niebieskich kontenerach na nabrzeżu.

Zimą w Piramidzie pracują wyłącznie robotnicy tacy jak Władimir, którzy utrzymują przy życiu hangar z elektrownią, źródło wody i starają się niespiesznie uporządkować ruiny w mieście. Zima tutaj jest ciężka – ciemność nocy polarnej, niedźwiedzie i mróz nie są chyba tak trudne do zniesienia jak obecność tylko jednego towarzysza w przygnębiającej scenerii opuszczonego miasta. Pracowników przyciągają jednak znacznie wyższe niż w krajach byłego ZSRR zarobki. Są tacy, którzy zasiedzieli się tu na wiele lat i ściągnęli swoje rodziny. Spotkać tu można głównie Ukraińców, Tadżyków i Rosjan.

Na nabrzeżu podchodzę do tzw. budki. To punkt, w którym można złapać sygnał telefonii komórkowej. Na horyzoncie żadnego statku. Po chwili na ekranie komórki pojawiają się dwie kreski „Telenora” z Longyearbyen, sygnału, który jakoś szczęśliwie odbija się od ścian fiordu i trafia do Piramidy. Dzwonię do domu i już trzeci dzień bardzo przepraszam Narzeczoną, że nie mogę wrócić. Wiatr na fiordzie tak rozhulał fale, że statki zawracają. Mój samolot z Longyearbyen do Polski odlatuje pojutrze w południe. Żeby na niego zdążyć, muszę jutro złapać jakikolwiek transport. Jeśli się nie uda, to stracę nie tylko ten bilet, ale także weekend w ciepłym Rzymie, a co gorsza – zaufanie Narzeczonej i jej wyrozumiałość dla moich wypraw na Svalbard. Zacząłem zastanawiać się co ja tu właściwie robię.

* * *

Z Piramidą sąsiaduje malownicza zatoka Petunia, do której promieniście wpada sześć dolin zajętych przez lodowce. To tutaj poznański Uniwersytet im. Adama Mickiewicza od lat 1980. prowadzi badania środowiskowe. Na UAM jestem glacjologiem i na Stację Polarną przyjeżdżam od 2007 roku, czasem po kilka razy w sezonie. Poprzez zainteresowanie turystów i codzienne kursy statków Piramida stanowi dla nas wygodny węzeł komunikacyjny. W razie jakiejkolwiek awarii mamy gdzie szukać pomocy, a w przypadku pilnej potrzeby można stąd łapać transport i na stopa dotrzeć do Longyearbyen. Raz nawet skorzystałem z tej możliwości. Koledzy zawieźli mnie pontonem na nabrzeże kopalni, gdzie cumował akurat statek turystyczny. Załodze nie musiałem nic tłumaczyć, wystarczyło, że zdjąłem bandanę z twarzy. Przez bolący ząb wyglądałem jakbym trzymał pyrę w gębie. Gdy wieczorem dotarłem do Longyearbyen, zgłosiłem się do szpitala. Szkoda, że była niedziela, bo ściągnięcie dentysty zajęło kolejną godzinę i słono kosztowało. Dobrze, że chłop miał posturę łamignata, bo inaczej by tego zęba nie wyrwał.

Lodowce to wystarczająco grube masy lodu, aby grawitacyjnie spływały z wysokich gór w tempie liczonym w metrach na rok. Te w okolicy Petunii są małe, mają do kilku kilometrów długości, 200 m grubości i dwudziestu kilometrów kwadratowych powierzchni. To tyle co nasze większe jeziora, 30-tysięczne miasteczko lub poszczególne dzielnice Warszawy. Z lodowcami trzeba postępować ostrożnie, bo mogą być popękane lub bardzo śliskie. Są fascynujące, bo żyją – poruszają się, „oddychają” w rytm dni, nocy i pór roku i miewają złe humory. Wtedy praca jakoś nie idzie i najłatwiej o awarię sprzętu i kontuzję, tak przynajmniej tłumaczę sobie własną niezdarność. Jako polarny świeżak potrafiłem wbić sobie na centymetr raki (kolce zakładane na podeszwy) w łydkę albo sturlać się ze stromego czoła lodowca do błota, nieźle się przy tym obijając. Po paru latach zaliczam mniej wypadków, ale wewnętrzny chojrak gdzieś tam pozostał i zdarza mi się nie zabrać raków na lód. Kończy się to często kompromitującym zjazdem z czoła lodowca na dupie i mokrymi gaciami.

Nasze obliczenia pokazują, że w związku z ociepleniem klimatu od początku XX wieku wytopiło się już 40% powierzchni lodu w naszym regionie. Podobny proces zachodzi niemal na całym świecie, więc mnóstwo wody uwolnionej z lodowców dociera do oceanu i podnosi jego poziom. To m.in. dlatego musimy obserwować ich zachowanie. Moja praca opiera się w znacznej mierze na ciągłym monitoringu dostawy ciepła do lodu i tempa jego topnienia. To pierwsze zagadnienie realizuję w oparciu o automatyczną stację meteorologiczną. To teraz moja ulubiona zabawka, choć początek tej przyjaźni był szorstki. Dostarczenie wszystkich elementów tej konstrukcji na lodowiec było wykańczające. Przez 10 km trzeba było nieść wybitnie nieporęczne i ciężkie elementy, m.in. dwumetrowy stalowy maszt (20 kg), trójnóg (30 kg), wielkie ciężkie pudło z elektroniką i akumulatorami (40 kg) i całą masę przyrządów pomiarowych. Topnienie można natomiast badać znacznie mniej zaawansowanymi technologiami. Do tego celu wykorzystuję bowiem… bambusowe tyczki. Są one wtopione w lód na głębokość kilku metrów, a postępujące topnienie z czasem odsłania ich coraz większą część, którą należy systematycznie mierzyć. Tak oto kijem można robić Naukę.

* * *

-Tomaj! – zawołałem do mojego towarzysza zamkniętego w polowym, przewiewnym klozecie na plaży.
-Co?!
-Sraj szybciej! Niedźwiedź idzie!

A gdy pierwszy raz przyjechałem do Petunii mówili: „tutaj nie ma niedźwiedzi, szczególnie o tej porze roku”. Wówczas, ostatni miś widziany przez nasze wyprawy przyszedł w 2005 roku. Był mały, miał słodkie uszka, ale napędził profesorom stracha. Przez kilka kolejnych lat żaden niedźwiedź tu nie dotarł, bo Stacja UAM jest daleko od otwartego morza. Sytuacja zmieniła się w 2012 roku, kiedy fale wyrzuciły na brzeg fiordu truchło dziesięciometrowego kaszalota. Za mięsem przyszły misie, które od tego czasu stale nam towarzyszą, nawet pomimo tego, że nic już z wieloryba nie zostało. Raz mieliśmy naprawdę natrętną sztukę. Niedźwiedzia, który nikogo i niczego się nie bał, nie reagował na huki i flary, grasował zdecydowanie za blisko i pukał do okna Stacji. Przychodził i odchodził co kilka dni. Ale pewnego jesiennego dnia nie wrócił. Został zastrzelony przez Norwegów kilka kilometrów od nas, bo wszedł do namiotów obozu naukowego lokalnego uniwersytetu.

Tomaj posłuchał i faktycznie skończył szybko, bo niedźwiedź był kilkaset metrów od nas. Cała załoga się poderwała. Nie żeby ktoś panikował, do misiów można się jakoś przyzwyczaić, ale każdy chciał mieć w końcu ładne zdjęcie, żeby nie wracać do rodziny z pustymi rękami. Alarmy niedźwiedziowe to zawsze wydarzenie dnia. Każdy stara się wyglądać godnie, groźnie i poważnie, dzierżąc w ręku karabin. Niektórzy z kolei wolą robić hałas starym garnkiem, ale to jest mało kowbojskie. Po wizycie niedźwiedzia jest zawsze mnóstwo śmiechu, szczególnie, gdy ktoś akcję filmuje. Po uważnym odsłuchaniu naszych absurdalnych dialogów pryska całe nadmuchane bohaterstwo i w mig powstają okolicznościowe werbalne memy, towarzyszące nam już do końca lata. Mnie osobiście lęk przed niedźwiedziem tak silnie się zakorzenił, że podczas szczególnie „misiowych” wypraw czasem budzę się z krzykiem i szukam grubego w oknie. Co gorsze, po powrocie do kraju objaw ten mija bardzo powoli. Zdarzało mi się nocą szukać niedźwiedzia w oknie na dziewiątym piętrze bloku. Czy to się leczy?

* * *

Z oddali do nabrzeża zbliża się duży biały autobus. To Władimir przyjechał sprawdzić, czy statek nie przywiózł gości. Niet, Władziu, nie przyjechali… Trochę przejęty moją sytuacją i ponurą miną podwozi mnie z powrotem do hotelu Tulipan na obiad. Gościnność załogi Piramidy jest nie do przecenienia. Śpię za darmo u Władka na wytartym, zielonym dywanie w kwiaty, a pani Hałyna, bufetowa, karmi mnie jak swojego. Na śniadanie, obiad i kolację są od trzech dni ryby, bo tak jak ja załoga czeka na statek, który dowiezie jej coś innego do jedzenia, ale też piwo i wódkę. Rybka jest i tym razem. Na stole pokrytym gustowną ceratą są też pyry, surówka i kompot.

Nie wiem, czy mieliście kiedyś okazję spędzić kilka dni wśród obcych ludzi, których nie rozumiecie. Albo mieszkać parę dni w Czarnobylu. Albo spiesząc się na egzamin czekać przez tydzień na przyjazd autobusu. Jeśli dodać do siebie te wszystkie trzy doświadczenia to otrzyma się to, co wtedy czułem. No i niespecjalnie lubię ryby, ale szybko nauczyłem się wszystko komplementować słowami „ochen’ vkusnyy”. Jak ja się tu w ogóle znalazłem? Siedzę w tej opuszczonej przez Boga osadzie bez żadnych przyjaciół, bo ze Stacji wyjechałem przed resztą ekipy, aby lecieć na wakacje. Oni, biedacy, od dwóch dni, w ledwie trzy osoby, zwijają Stację na zimę. Gdybym chociaż wiedział, że najbliższy statek przypłynie za tydzień, to wiedziałbym na czym stoję i mógłbym w czasie oczekiwania pomóc kolegom. Ale przewoźnik mętnie tłumaczy, że być może jutro przypłynie, a być może nie. Muszę gnić tutaj, w porcie Piramidy.

Prąd w gniazdku i bieżąca woda w Piramidzie są luksusem, którego w naszej Stacji się nie uświadczy, więc czas oczekiwania mija mi na wstępnej analizie zebranych w terenie danych. Zbliża się wieczór, dzień polarny się skończył, a za oknem zapada noc. Gdy się budzę po drzemce na podłodze, widzę w ciemności oświetloną twarz Władka przyklejoną do ekranu komputera i razem oglądamy rosyjski film akcji. Nic z niego nie rozumiem, ale jest wartko. Władek przeżywa każdy dialog i komentuje każdy wystrzał z pistoletu. Kładę się spać z nadzieją, że może jutro pogoda się poprawi i w ostatniej chwili wrócę na czas do Longyearbyen.

Ale nazajutrz pogoda bez większych zmian. Pada i wieje. Od rana na smutnym nabrzeżu Piramidy pusto i głucho, a ja stoję jak kołek z całym moim dobytkiem spakowanym w dwa plecaki i mam złe przeczucie, że i tym razem przyjdzie rozczarowanie. Z lękiem dzwonię z „budki” na telefon satelitarny statku. Ponieważ nikt się nie odzywa, wiem już że nie zdążę na jutrzejszy samolot. Przebukowuję bilet lotniczy o bezpiecznych kilka dni. Narzeczona też jest rozczarowana, bo nasze zaplanowane wakacje wydają się przepaść. Pierwszy od dawna statek dopływa do Piramidy dopiero następnego dnia, kiedy wiatr trochę ucichł. Żegnam się po kolei z moimi gospodarzami i uświadamiam sobie zabawny fakt: oto po raz pierwszy w życiu, i zapewne ostatni, żegna mnie całe miasto! Szczególnie ciepło ściskam Władimira, który przez te dni aresztu w Piramidzie był mi przyjacielem. On tu jeszcze zostanie, ale czas pokazał, że krócej niż planował. Zimą, gieroj, połamie ręce na skuterze śnieżnym i wróci na Ukrainę. Więcej go nie spotkam.

Statek, który mnie wiezie do Longyearbyen buja się na wszystkie strony i wlekąc się niemiłosiernie powoduje narastającą złość. Nieracjonalną, bo przecież jest już za późno, aby się gdziekolwiek spieszyć. U celu jestem kilka godzin po tym, jak mój samolot odleciał. Kibluję w Longyearbyen kolejnych kilka dni, więc mam czas na rozmyślania. I znowu dopada mnie ta sama myśl, jak zawsze, kiedy tu jestem. Że mimo przegapionego samolotu i poczucia winy za stracone wakacje, czuję się szczęściarzem. Bo moje biuro to Stacja Polarna UAM. Czy wrócę tutaj za rok? Oczywiście, że tak. Bez cienia wątpliwości.

*Imiona mieszkańców Piramidy zostały zmienione.

 

Dowiedz się więcej:

Reklamy